Posts mit dem Label Album tygodnia werden angezeigt. Alle Posts anzeigen
Posts mit dem Label Album tygodnia werden angezeigt. Alle Posts anzeigen

Montag, 24. Februar 2025

Album tygodnia#622: Батюшка - Литоургиіа (2015)

Wow. Ten album obchodzi w tym roku swoje dziesięciolecie. Co więcej, został wydany dokładnie w dniu moich 25. urodzin! "Litourgiya" Batushki to nowoczesny klasyk black i doom metalu. Myślę, że (prawie) wszyscy wiedzą, o co chodzi, gdy pada nazwa tego zespołu. Dlatego nie zamierzam rozwodzić się nad historią projektu.

W skrócie: Krzysztof Drabikowski postanowił poeksperymentować i połączyć prawosławne chóry z black metalem. Teoretycznie brzmi to jak absolutne bluźnierstwo, ale w praktyce wszystko świetnie się komponuje, bo chóry prawosławne mają w sobie coś metalowego. "Batushka" bardzo szybko zyskała popularność i była na ustach wszystkich. Wtedy nie znałem nikogo, kto nigdy by o tym projekcie nie słyszał. W 2018 roku doszło jednak do konfliktu między multiinstrumentalistą Drabikowskim a wokalistą Bartłomiejem Krysiukiem. Yada yada yada... summa summarum: od tego momentu istniały (albo już nie?) dwie "Batushki". Przez pewien czas metalowy internet nabijał się z tej sytuacji, tworząc
parodie. Moją ulubioną była "BatUWUshka" z fenomenalnym coverem piosenki tytułowej anime "Neon Genesis Evangelion". Update: Krysiuk przegrał w sądzie i jego projekt nazywa się teraz Patriarkh.

Wracając do tematu – "Litourgiya" to rewelacyjna mieszanka ekstremalnego, powolnego, doomowego black metalu i prawosławnych chórów. Na pierwszy rzut oka teksty są niezrozumiałe. Ale po dokładniejszym przyjrzeniu się im, np. na genius.com, wszystko staje się jasne. To zwyczajne, bogobojne modlitwy używane w prawosławnych cerkwiach – błagania o ratunek dla świata i ludzkości, wiarę w Boga, cierpienie duszy po śmierci itp. Batushka nie jest jednak zespołem chrześcijańskim – ani katolickim, ani prawosławnym. "Litourgiya" to po prostu mistrzowska prowokacja. Tak dobra, że w Białorusi i Rosji wywołała protesty i groźby śmierci, gdy zespół planował tam koncerty.

Nie mam pojęcia, w jaki sposób Drabikowski i Krysiuk nauczyli się tekstów po staro-cerkiewno-słowiańsku. Podejrzewam, że posłużyli się transliteracją. Krysiuk ma niesamowity głos – w połączeniu z tekstami i jego intonacją nie słychać, że nie jest wschodnim Słowianinem, Ukraińcem czy Rosjaninem. Doskonale znam akcent Polaków mówiących po rosyjsku i na odwrót – tutaj tego nie słyszę. Elegancko! Równie elegancka jest instrumentacja Drabikowskiego. Uwielbiam tę ciężką, hipnotyzującą ścieżkę dźwiękową, która wywołuje we mnie dziwne, ale dobre, wręcz mistyczne uczucia.

9/10 butelek zwrotnych

Piosenki, które warto posłuchać: Litourgiya III: Predmudrost', Litourgiya IV: Milost', Litourgiya I: Oczyszczenie





Montag, 17. Februar 2025

Album tygodnia#621: Путъ - Песни Смерти (2018)


Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, ale w jakimś momencie mojego cudownego życia kliknąłem na ten thumbnail na YouTube. Zaintrygowała mnie tajemnicza istota z akordeonem na okładce albumu. Chociaż muszę przyznać, że wygląda raczej wesoło niż tajemniczo.

Песни Смерти to pierwszy longplay rosyjskiej grupy Путъ z Pskowa. Po polsku tytuł znaczy Piosenki Śmierci. Nazwę zespołu można przetłumaczyć jako Droga. Jeśli zbierzemy się w garść i transliterujemy ją na łacinę, to będzie wyglądać tak: Put' - Pesni Smerti. Jasne? Jasne.

Internetowi eksperci od black metalu i jego sub-sub-sub(...)-subgatunków twierdzą, że Путъ grają post-black metal. Nie zgadzam się z tym. Oczywiście cały album jest cholernie atmosferyczny – zarówno pod względem tekstowym, jak i muzycznym. Słuchając tych dziesięciu kawałków, można niemal poczuć warunki pogodowe na Syberii. Uciekające zwierzęta. Ludzi opłakujących swoich bliskich nad grobami. Cała ta tematyka to typowy element nowoczesnego black metalu. Pod pojęciem post-black metal rozumiem jednak coś innego – zespoły takie jak Alcest czy Deafheaven. Путъ brzmią
jednocześnie nowocześnie i tradycyjnie. Może dlatego, że ten album nie był nagrywany w jaskini (albo garażu) w Norwegii czy na jakimś totalnym zadupiu. Myślę, że to właśnie akordeon w niektórych kawałkach sprawia, że słuchacz kojarzy ten album z czymś awangardowym. Dziwne instrumenty w black metalu nie są jednak niczym nowym – Windir używał akordeonu, Taake banjo.

Myślę, że fani ostrej muzyki lubią rzeczy egzotyczne. „Patrzcie, to jacyś kolesie z Rosji, grają black metal z akordeonem. Brakuje jeszcze niedźwiedzia z bałałajką! Huehuehue.” Moim zdaniem Путъ bardzo starają się stworzyć coś wyjątkowego – coś w rodzaju albumu koncepcyjnego z perspektywy Pana/Pani Śmierci. I wychodzi im to całkiem nieźle. Nie wiem, jak brzmią ich kolejne płyty, ale Песни Смерти mogłyby być jeszcze odrobinę lepsze. Ale spoko, podoba mi się.

7,5/10 butelek zwrotnych
Piosenki, które warto posłuchać: Культ 1: Огни далёких холмов, Так пела метель, Прометей



Montag, 10. Februar 2025

Album tygodnia#620: Wilczyca - Magija (2023)

Pamiętam to, jakby to było wczoraj. Siedziałem w internecie (jak zawsze) i słuchałem muzyki (jak zawsze) na YouTube, kiedy niespodziewanie na liście polecanych pojawił się album Magija zespołu Wilczyca. Zobaczyłem okładkę tej płyty i natychmiast skojarzyłem ją z memem o złej jakości miedzi, który półtora roku temu krążył w anglojęzycznym internecie. Ten gość po prawej stronie nosi maskę podobną do Ea-Nasira, a ten po lewej siedzi na koniu. W sumie ta okładka wygląda absolutnie kretyńsko i jest całkiem, jak to się mówi po angielsku, meme-worthy. Ale jestem tolerancyjnym człowiekiem i nie oceniam książek ani płyt po okładce, you know? Anyways, o co chodzi?


Magija
to już czwarta płyta tego black metalowego duetu, o którym do tej pory nie miałem pojęcia. Kiedy słyszę albo czytam słowa Black Metal i duet, to najpierw przychodzi mi do głowy Darkthrone, a potem minimalizm i underground. W sumie Wilczyca jest całkiem minimalistycznym zespołem – jeśli chodzi o długość albumu. Płyta trwa zaledwie 34 minuty. Z ośmiu utworów tylko trzy przekraczają pięć minut.

Jeśli chodzi o muzykę – już dawno nie słyszałem black metalu, który byłby jednocześnie agresywny, uspokajający, znajomy i wymagający. Uwielbiam te ambientowe intro, interludium i outro. To ostatnie nazywa się Igne Natura Renovatur Integra i przypomina mi Marsz Imperialny z Gwiezdnych Wojen. Wokalista Nidhogg przekonuje mnie swoimi szeptami i skrzekami – można powiedzieć, że taki wokal brzmi bardziej „ohydnie” albo „okropnie” niż jakikolwiek growling kapel death metalowych. Chociaż niektóre słowa są zrozumiałe, nie rozumiem całych tekstów piosenek. W ten sposób Wilczyca mistyfikuje się jak jakiś fantom.

Zajebiste blast beaty i instrumentacja. Na koniec muszę powiedzieć: cholera, uwielbiam ten album i w ciągu dwóch tygodni słuchałem go minimum piętnaście razy.


9/10 butelek zwrotnych
Kawałki które warto posłuchać: Tetragrammaton, Magija, Przyzywam



Montag, 3. Februar 2025

Album tygodnia#619: 1914 - Where Fear And Weapons Meet (2021)

Dzień dobry, ludzie!

Witam Was w pierwszej polskiej recenzji muzycznej na tym blogu od kilkunastu lat. Zdecydowałem, że napiszę cztery albo pięć recenzji po polsku, bo… no dlaczego nie? Przecież nie było ich tutaj już od dawna, a te, które kiedyś pisałem, już mi się nie podobają. No dobrze, zaczynajmy…

Najpierw zapytam: „Czym jest 'War Metal'?” i odpowiem: „To mieszanka grindcore’u i black metalu. Brzmi jak zespół spadający ze schodów, krzycząc 'oogaboogaoogabooga'”. Jeśli chodzi o teksty

piosenek, to zazwyczaj dotyczą wojny i brutalności ludzkiej natury. Ukraiński zespół 1914 nie ma jednak z tym nic wspólnego. Grają mieszankę death i doom metalu. To jedna z tych grup, które wpisują się w kategorię, którą nazywam „Gimmick Metal”. Brzmi to może dziwnie, ale wcale nie jest niczym nowym. Wiele zespołów metalowych wpisuje się w różne subgatunki, które można by określić jako „Gimmick Metal” – jak choćby Running Wild czy Alestorm, grające w stylu „Pirate Metal”. 1914 nie wymyślili death metalu na nowo, ale są zespołem wyjątkowym. Ich niszą jest I wojna światowa. Nie są pierwszym zespołem, który zdecydował się pisać piosenki na ten temat, ale to pierwsza grupa z tej niszy, której poświęcam recenzję.

„Where Fear and Weapons Meet” to trzeci album Ukraińców, przepełniony historycznymi odniesieniami. Intro, zatytułowane „War In”, to pierwszy werset starej serbskiej pieśni ludowej „Tamo Daleko”. Pierwsza pełnoprawna piosenka nosi tytuł „FN .380 ACP #19074” – a 19074 to numer seryjny pistoletu FN .380 ACP, z którego Gavrilo Princip zastrzelił arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żonę, Zofię Chotek. Inne utwory na tym albumie wchodzą w temat jeszcze głębiej. Na przykład w „Don’t Tread on Me” zespół opowiada o Harlem Hellfighters – dywizji amerykańskich żołnierzy, która w większości składała się z Afroamerykanów. W utworze „…and a Cross Now Marks His Place” gościnnie śpiewa Nick Holmes, wokalista Paradise Lost. Jest to muzyczna interpretacja listu, który otrzymała matka brytyjskiego żołnierza poległego w bitwie.

Teksty utworów wcale się nie rymują – wyjątkiem jest cover „The Green Fields of France”. Można więc powiedzieć, że to album dla historycznych nerdów. Jednocześnie nie można zarzucić 1914, że celebrują wojnę czy zbrodnie wojenne – wręcz przeciwnie. To album, który działa jak wehikuł czasu, przenoszący słuchacza w przerażającą rzeczywistość tamtych lat.


8/10 butelek zwrotnych
Piosenki których warto posłuchac: Don't Tread On Me, FN. 380 ACP#19074, ...and a Cross now marks his Place, The Green Fields of France